

| Anonymus - przestępcy czy bohaterowie? |
Od ostatnich paru dni jesteśmy świadkami prawdziwej cyfrowej rewolucji - chyba nigdy jeszcze tyle polskich stron rządowych nie padło ofiarą hakerów. W chwili obecnej można to już chyba określić masowym protestem przeciwko podpisaniu przez Polskę porozumienia przeciw handlowi podróbkami, kryjącej się pod bardziej rozpoznawalnym skrótem ACTA. Hakerzy z wielkim kunsztem łamią zabezpieczenia kolejnych stron instytucji rządowych, partii politycznych czy polityków, zamieszczając publiczne apele o sprzeciw wobec tejże umowy. Choć ich akcje z punktu widzenia prawa są nielegalne, czy jednak można ich nazwać przestępcami? Prawnik zapewne nie będzie miał tu wątpliwości, jednak warto spojrzeć na to z bardziej historyczno-politycznego punktu widzenia. Trzeba pamiętać, że sprzeciw wobec działań władzy jest niepodważalnym prawem obywateli w każdym demokratycznym państwie. Choć podstawowym jego narzędziem są wolne wybory, w których można odebrać władzę osobom rządzącym, warto zwrócić uwagę że istnieją także inne, bardziej drastyczne ale legalne metody sprzeciwu. Demonstranci, po dopełnieniu formalności, mogą w zgodzie z prawem zablokować ruch na wybranych ulicach, prezentować publicznie hasła na transparentach i głosząc je przez megafony. Istnieją też przepisy, dopuszczające w określonych przypadkach strajk wśród danych grup zawodowych czy społecznych. Jednak nie zawsze tak było, również w krajach demokratycznych, natomiast z różnych przyczyn zdecydowano się zaakceptować instytucję strajku jako dopuszczalną formę protestu pracowniczego. Nie znaczy to oczywiście, że przed przyjęciem takich przepisów strajki nie miały miejsca - wręcz przeciwnie, to właśnie "nielegalne" strajki zmotywowały rządzących do prawnego unormowania tego zjawiska. W tym kontekście warto spojrzeć na działania hakerów z grupy Anonymus. Niewątpliwe jest, że społeczeństwo dostosowuje się do rozwoju technologicznego dopiero po jakimś czasie, a dostosowanie prawa do nowych technologii odbywa się zwykle z bardzo dużym opóźnieniem. Podstawowym celem prawa jest ochrona obywateli, więc sama norma prawna sankcjonująca działania hakerów jest jak najbardziej zrozumiała. Jednak w momencie, gdy celem jest publiczny protest to czy można taki czyn stawiać na równi np. z włamaniem na stronę banku mającym na celu uzyskanie danych kart kredytowych? Różne rodzaje działalności biznesowej i społecznej przenoszą się w dzisiejszych czasach do Internetu, a akcje protestacyjne nie są tu wyjątkiem. Czy w swoim wydźwięku, a także szkodliwości społecznej, włamanie się na stronę ministerstwa i zamieszczenie widocznego online postulatu tak bardzo różni się od pikiety z wielkimi transparentami pod budynkiem tegoż ministerstwa? Warto się więc zastanowić, czy do takie formy protestu nie będą się stawały coraz powszechniejsze i jakie mogą być tego skutki. Każdy powinien też odpowiedzieć sobie na pytanie, w którym momencie działania hakerów zasługują na naganę. W moim odczuciu, dopóki skutkiem ataku jest jedynie podmiana strony, a nie kradzież poufnych danych (osobowych, korenspodencji, bankowych, itp.) to nie można tych działań bezrefleksyjnie potępiać. Tym bardziej, jeżeli do stron najważniejszych organów państwowych ustawia się hasło admin1. |
°C
°C °C
°C °C
°C °C
°C °C
Komentarze